Parę refleksji po III Kongresie Patriotyzmu Ekonomicznego, zorganizowanym przez Towarzystwa Biznesowe 9 listopada 2019 roku w Warszawie

Mniemam, że teraz bardziej niż kiedykolwiek należy uczyć młode pokolenie naszej geografii […], aby nie zapominało, czym była Polska i czym, z łaski Boga, pomimo naszych wad i ułomności, będzie”.

Cytat przytaczam z głowy, dlatego z góry przepraszam, jeśli coś przekręciłem. I niech mi to nie będzie poczytane za winę, szczególnie że sens został zachowany 🙂

Cytat stanowił motto Olimpiady Geograficznej i Nautologicznej w 2003 roku, jeśli się nie mylę (Grzegorz Wielgoszewski i Paweł Sowa — przezacni Członkowie Towarzystw Biznesowych oraz dużo lepsi ode mnie geograficzni „wymiatacze” — na pewno pamiętają finał w Bielsku-Białej).

Autorem tych słów jest Ignacy Domeyko. Jeśli to nazwisko nic Ci nie mówi, to wiedz, że prawdopodobnie i tak go znasz^^. Jak to? Kojarzysz Żegotę z III części „Dziadów”? To właśnie Domeyko — członek Towarzystwa Filomatów oraz przyjaciel Adama Mickiewicza — był pierwowzorem tej postaci.

Ignacy Domeyko był uczestnikiem powstania listopadowego. Po upadku powstania udał się na emigrację. Kształcił się we Francji w zakresie geologii, górnictwa. Wyjechał do Ameryki Południowej, do Chile i… został tam bohaterem!

Zrobił dla Chile tak wiele (nie tylko na polu badań geologicznych), że za zasługi doczekał się „własnego” pasma górskiego, miejscowości, a nawet minerału (domeykit). Prawdziwy bohater. Szkoda, że znany bardziej tam niż w Polsce.


Lekcje patriotyzmu z Tomkiem Wilmowskim

Tomasz Wilmowski to bohater powieści podróżniczo-przygodowych Alfreda Szklarskiego. To jedne z moich ulubionych książek dzieciństwa. Zdaje się, że to one obudziły pasję do geografii (skończyłem właśnie ten kierunek, choć należy podkreślić, że jestem raczej geografem pokroju tego z „Małego Księcia”, i.e. palcem po mapie^^, niż podróżnikiem, jak np. znany, lubiany i słusznie ceniony Członek Towarzystw Biznesowych, Waldemar Brzozowski, który nie tylko gościł na Spitsbergenie, ale nawet studiował!).

Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że zawdzięczam książkom Szklarskiego dużo więcej. Zatroszczył się nie tylko o moją młodzieńczą edukację geograficzną, ale również był wspaniałym wychowawcą patriotyzmu.

Fabuła powieści Szklarskiego toczy się w czasach, gdy państwo polskie nie istnieje — Polska jest pod zaborami. Główny bohater, Tomek Wilmowski, wychowywany jest przez wujostwo, bo jego mama nie żyje, a tata jako „wywrotowiec” walczący o niepodległość Ojczyzny ścigany jest przez władze carskie. Podobnie — przyjaciel ojca, bosman Tadeusz Nowicki.

Andrzej Wilmowski i bosman Nowicki podróżują po świecie. Ale gdziekolwiek by nie byli, zawsze są Polakami, zawsze są dumni ze swego pochodzenia, nigdy nie tracą nadziei na to, że Polska w końcu odzyska niepodległość.

Akcja kolejnych powieści toczy się w innym miejscu (nie licząc Antarktydy, Tomek Wilmowski odwiedził wszystkie kontynenty, w jednym z tomów udał się nawet na Syberię, by wyswobodzić swojego kuzyna z ruskiej niewoli). Nie brakuje okazji, by zarysować nie tylko lokalną florę i faunę, ale również historie wielkich Polaków, którzy byli badaczami i odkrywcami wielu rejonów świata. Takich jak wspomniany Ignacy Domeyko czy też Benedykt Dybowski. Znasz historię tego ostatniego?


#PolakPotrafi — prawdziwa wielkość ujawnia się w niesprzyjających okolicznościach?

Alfred Szklarski przetarł szlak. Po latach dojrzałem do tego, by pogłębić wiedzę o wielkich polskich odkrywcach. Najpierw „Historia odkryć geograficznych”, a potem także biografie.

Największa wrażenie wywarła na mnie historia Benedykta Dybowskiego właśnie. Jest podobna do historii Domeyki. Dybowski też walczył o niepodległość Polski, choć nie w tym samym powstaniu, lecz w styczniowym. Też miał zacięcie naukowe. Też został słynnym badaczem na polu nauk geograficznych. Ale była też kolosalna różnica między ich historiami.

Dybowski po upadku powstania styczniowego został zesłany na Syberię. A wcześniej — nawet skazany na śmierć przez władze carskie. Uratowało go to, że już w owym czasie był cenionym naukowcem. Zdaje się, że u władz carskich ingerował sam Bismarck, po tym jak za Dybowskim wstawiło się środowisko naukowców niemieckich.

Ruscy zmienili wyrok. Zamiast kary śmierci Dybowski otrzymał… „karę śmierci”, tyle że odroczoną w czasie, bo czyż nie właśnie tym była zsyłka na Syberię? Samo przetrwanie długiej podróży w koszmarnych warunkach z Europy aż nad Bajkał graniczyło z cudem. Uratowała go przyroda. Jak to?

W owym czasie nauki przyrodnicze dopiero się rozwijały jako dyscypliny naukowe na uniwersytetach. Często nie miały własnych katedr i były „podczepione” pod katedry medycyny. I właśnie to uratowało Dybowskiego — kształcąc się na polu nauk przyrodniczych, „przy okazji” został lekarzem. Dybowski okazał wielki hart ducha. Nie dość, że przetrwał drogę na daleką Syberię, to jeszcze w jej trakcie pomagał, jak tylko mógł, kolegom w niedoli — innym zesłańcom.

Niesamowite jest to, jak szybko Dybowski odnalazł się w nowej sytuacji. Pierwsze prace badawcze prowadził jeszcze jako zesłaniec. Z biegiem czasu usamodzielnił się (trudno powiedzieć, czym kierowali się ruscy, ale można przypuszczać, że uznali, że lepiej jest skorzystać z medycznych i naukowych kompetencji Dybowskiego niż marnować jego potencjał, zmuszając do pracy w kopalni czy przy wyrębie lasu).

Dybowski prowadził badania na polu wielu dziedzin naukowych. Dokonał odkryć geologicznych i geograficznych (w tym limnologicznych [badanie jezior]), biologicznych, antropologicznych. To właśnie Dybowskiemu zawdzięczamy pierwsze w historii świata poważne badania jeziora Bajkał (najgłębsze jezioro świata).

Jako lekarz pomagał ludom dzikiej Syberii. Szczególnie wiele dokonał na Kamczatce, wówczas miejscu niemal zapomnianym przez cywilizację (bo trudno dostępnym). Benedykt Dybowski — prawdziwy bohater.


Strach przez państwem

Dwaj Członkowie Towarzystw Biznesowych, którzy byli Prelegentami na Kongresie, zwrócili uwagę na coś, co pewnie jest oczywiste, ale po prostu przykuło moją uwagę. Mecenas Nikodem Multan (kancelaria prawna Ecovis Legal Poland) prowadził warsztat zatytułowany: „IP Box – jak dzięki innowacjom płacić 5% podatku dochodowego?” (o uldze IP BOX przeczytasz w tym artykule). Dlaczego mało polskich przedsiębiorców korzysta z tego rozwiązania? Jedną z przyczyn jest strach przed kontrolami i karami.

Piotr Witek (REWIT), ekspert w zakresie finansów i rachunkowości oraz podatków, przez ponad 10 lat związany z francuskim koncernem Total, brał udział w panelu zatytułowanym: „Czego polskie firmy nie chcą wiedzieć o księgowości i audycie — i dlaczego na tym tracą?”. Nawiasem mówiąc, był to przeznakomity panel, świetnie wyreżyserowany (tak, to odpowiednie słowo:) przez Mariusza Bobera, Dyrektora Operacyjnego Towarzystw Biznesowych. Obok Piotra Witka aktorami w tym znakomitym spektaklu byli Członkowie Towarzystw Biznesowych, odpowiednio: Poznańskiego — Lidia Skudławska (Morison Finansista) oraz Warszawskiego — Wojciech Suda (Partner Pracowni Synergii).

Piotr Witek zauważył, że w małych i średnich firmach często jest ten problem, że księgowi się boją. I ten strach sprawia, że przedsiębiorcy działają asekurancko, czyli tak, aby — że tak powiem — uniknąć kolizji z państwem, nawet jeśli do zaoszczędzenia są spore pieniądze, które zamiast służyć przedsiębiorcy w rozwoju jego firmy trafiają do budżetu państwa (wielu obywateli pewnie by temu przyklasnęło, ale podejrzewam, że w tym kontekście nie tylko mnie nasuwa się słowo „marnotrawstwo”).

Postawiłem sobie pytanie: skąd bierze się ten strach? Bo nawet jeśli jest nieuzasadniony w większości przypadków, to jednak nie wziął się znikąd, prawda? Najwyraźniej mem (w rozumienia Dawkinsa, autora „Samolubnego genu”; vide hasło „memetyka” na Wikipedii) „lepiej unikać kolizji z państwem, bo to może się dla mnie i mojej firmy źle skończyć” tkwi w głowach przedsiębiorców czy też owych księgowych.

Jak ten mem zagościł w ich głowach? Tak, jak memy (tu: obrazki z napisami) o zamiłowaniu byłego prezydenta do mocnych napojów zagościły w głowach młodych ludzi, którzy z racji wieku nie mogą pamiętać jego prezydentury. Ale mem-obrazek też może być memem wg Dawkinsa. Miarą memu jest jego skuteczność. A nie ulega wątpliwości, że „agent 0,7 chłodź się” skutecznie zagościł w głowach młodych ludzi^^

Podobnie rzecz się ma ze strachem przed niecnymi zamiarami państwa. Przecież historia Romana Kluski nie przestaje budzić emocji mimo upływu lat (i warto usłyszeć ją choć raz „na żywo”, szczególnie że co jakiś czas Towarzystwa Biznesowe organizują spotkanie z Panem Kluską; vide: www.romankluska.pl). A przecież nie jest to przypadek odosobniony. Jak to świadczy o państwie, gdy ci, na barkach których owo państwo spoczywa — przedsiębiorcy — mają uzasadnione obawy?


Polak się rodzi bohaterem?

Jak się mają wspomniane wcześniej historie dwóch wielkich Polaków do powyższego?

Polaków to ty się nie czepiaj! Jesteśmy najlepszymi żołnierzami na świecie! Polak rodzi się już bohaterem! A nawet jeżeliby nie chciał, to i tak nim zostanie.

To cytat z filmu „Gdzie jest generał…”. Słowa padają z ust szeregowego Orzeszki. I choć słowa te wywoływały mnóstwo śmiechu (ważny jest kontekst:), to jeśli się nad tym głęboko się zastanowić, tak naprawdę głęboko, to jest coś na rzeczy, nieprawdaż?

Nie wiem, czy owo bycie bohaterem to wrodzona cecha narodu polskiego. Być może to „tylko” zasługa burzliwych losów naszej Ojczyzny, która co nuż musiała bronić się przed czyjąś napaścią, a w końcu poległa na długie lata. Gdy trzeba walczyć, człowiek walczy, a wola przetrwania rośnie. Podobnie — hart ducha.

Ignacy Domeyko i Benedykt Dybowski to skrajne przykłady. Ale to właśnie ekstremalne sytuacje ujawniają prawdę o człowieku. Czy istnieje lepsza okazja do pokazania wielkości prawdziwych Polaków niż zesłanie (ok, w przypadku Domeyki było inaczej, ale emigracja po upadku powstaniu to nie jest łatwa sprawa)? Walka z wrogiem, walka z przeciwnościami losu (Syberia sama w sobie jest taką przeciwnością) — kto zwycięży w tym starciu, z całą pewnością jest bohaterem.

Ale bohaterami są nie tylko ci, którzy walczyli o niepodległość albo oddali za Ojczyznę życie. Nie wolno zapominać nam o bohaterach dnia codziennego. Mam na myśli właśnie przedsiębiorców. A przedsiębiorcy to ludzie, którzy — jak pięknie ujął to Zdzisław Dąbczyński w książce „Inspiracje i drogowskazy” — biorą się za przedsięwzięcia (sic!).

Czyż codzienne zmagania z państwem nie świadczą o heroizmie? Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wielu przedsiębiorców, słysząc z ust rządzących kolejną „propozycję nie do odrzucenia”, uznało, że prowadzenie firmy w Polsce już dłużej nie ma sensu — nie w takich warunkach, nie w takim otoczeniu, nie w takim środowisku.

Oczywiście nie wierzę, że na taki krok mogłaby się zdecydować większość małych i średnich przedsiębiorców (a bez nich nie istnieją też wyższe piętra piramidy gospodarki). Ale nietrudno mi jest wyobrazić sobie taką sytuację, że rzeczywistość wiele osób po prostu zmusi do podjęcia trudnych decyzji. Pytanie, co w takiej sytuacji stałoby się z Polską.


Patriotyzm, projekt, polis i paideia

Jako pierwszy na III Kongresie Patriotyzmu Ekonomicznego występował Jan Filip Staniłko, Dyrektor Departamentu Innowacji w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii. Przedstawił temat: „Patriotyzm gospodarczy w XXI wieku, czyli dlaczego polskie firmy są małe?”.

To była świetna prezentacja. Z mojej perspektywy szczególnie cenny był początek. Jan Staniłko rozłożył na czynniki pierwsze definicję patriotyzmu wg Alasdaira MacIntyre'a. Kluczowym jej elementem jest to, że patriotyzm jest lojalnością wobec narodu jako projektu. Projekt to słowo klucz. Jan Staniłko przyznał, że niestety, jak dotąd nie bardzo określono, na czym ten projekt miałby polegać. Zamiast definiować, czym Polska ma być, raczej definiowaliśmy, czym ma nie być.

Słowo „projekt” z definicji przytoczonej przez Jana Staniłkę można powiązać ze słowami Ignacego Domeyki, które przytoczyłem na samym początku. I nie chodzi mi tu o samą geografię. Pomyślmy szerzej — o nauczaniu w ogóle (nie tylko konkretnej dziedziny). Ba — nie tylko samym nauczaniu, ale tym wszystkim, co zawiera w sobie greckie słowo „paideia”.

Jak przetłumaczyć na język polski to starogreckie słowo? Wydaje się, że najlepszą definicją jest podtytuł do książki „Paideia” Wernera Jaegera, który brzmi: „Formowanie człowieka greckiego”. Kluczowe jest tu owo formowanie. Bo skoro formowanie, to i forma, a więc także jakiś ideał. A żeby kształtować do ideału, najpierw samemu trzeba ideał posiadać. Istotą greckiej paidei był właśnie osobowy ideał. On zmieniał się na przestrzeni wieków. Inaczej wyglądała paideia w epoce homerowej, inaczej w epoce klasycznej. Różniła się też w zależności od polis (jak pamiętamy z lekcji historii, wychowanie w Sparcie bardzo odbiegało od wychowania w Atenach).

Zresztą w kategoriach celu można definiować też istotę greckiej formy państwowości, czyli polis. Termin „państwo-miasto” jest raczej współczesnym spojrzeniem na polis niż próbą zrozumienia, czym była dla antycznych Greków. Profesor Leszek Mrozewicz, żeby wytłumaczyć istotę polis, sięgnął po słynny marsz 10 tysięcy, czyli odwrót armii greckich najemników z Mezopotamii do Trapezuntu nad Morzem Czarnym w latach 401-400 p.n.e. (wydarzenie przedstawił Ksenofont w „Anabazie”).

Grecy walczyli w służbie satrapy perskiego Cyrusa Młodszego podczas wyprawy przeciwko jego bratu — królowi Persji Artakserksesowi II Mnemonowi. W bitwie pod Kunaksą oddziały greckie zwyciężyły na swoim odcinku, ale cała bitwa skończyła się przegraną i śmiercią Cyrusa, co postawiło Greków w trudnym położeniu. Bez wodza, bez zaopatrzenia, daleko od domu. A w dodatku perski wódz Tissafernes podstępnie zwabił i zamordował wszystkich wyższych dowódców greckich.

Grecy nie poddali się. Wybrali nowych wodzów (jednym z nich był wspomniany Ksenofont). Zdefiniowali sobie cel. Było nim dotarcie do greckiej kolonii nad Morzem Czarnym — do miasta Trapezunt, skąd statkami można by się przedostać do Grecji.

Profesor Mrozewicz ujął to tak, że choć byli w ruchu, że choć byli żołnierzami, a nie pełnym przekrojem społeczeństwa, że choć nie posiadali terytorium (wg koncepcji profesora Chojnickiego państwo jest terytorialnym systemem społecznym, a więc terytorium stanowi integralną część państwa), to posiadali wspólny cel — i właśnie dlatego stanowili polis.


Dlaczego nie warto zakładać rodziny?

Nikodem Multan zakończył swą prezentację poświęconą uldze IP Box słowami (cytuję z pamięci):

Musimy zainwestować w innowacyjność.
Jesteśmy to winni sobie.
Jesteśmy to winni naszym dzieciom.

Tomasz Stachura (mapymysli.net), który prowadził warsztat zatytułowany „Jak mapy myśli mogą pomóc w strategicznym planowaniu rozwoju firmy”, na wstępie odpowiedział o swojej Rodzinie, która jest jednym z filarów w jego życiu.

Marcin Szołajski (kancelaria prawna Szołajski Legal Group), mówiąc o prostych spółkach akcyjnych, wspomniał o sukcesji. Jego kancelaria specjalizuje się zresztą w tej kwestii (zainteresowanych tematem odsyłam do prezentacji mecenasa Szołajskiego z konferencji Żyj w Obfitości 2018: „Skuteczna sukcesja – 3 kroki do bezpiecznego przekazania firmy kolejnemu pokoleniu”).

Jednym ze Sponsorów Kongresu była Kraina Twórczości Piotra Synowca, czyli Towarzystwowego specjalisty, jeśli chodzi o zawody przyszłości i zarządzanie marzeniami dziecka. Stoisko Krainy Twórczości cieszyło się sporym zainteresowaniem. I nie dziwi mnie to, bo klocki LEGO to nie tylko świetna zabawa, ale także wspaniałe narzędzie, które rozwija kreatywność czy zdolności konstruktorskie młodego człowieka.

Wojciech Suda z Rodziną na stoisku Krainy Twórczości (po prawej New Business Manager Krainy Twórczości, Dawid Małyjurek) podczas Kongresu Patriotyzmu Ekonomicznego 2019 (fot. Piotr Synowiec)

Jak widać na powyższym zdjęciu, Wojciech Suda gościł na Kongresie z całą rodziną. Nie wiem, ile chłopaki zapamiętają z obecności na III Kongresie, ale nie mam wątpliwości, że to dobrze, a nawet wspaniale, że już w młodym wieku nasiąkają tą atmosferą, że już teraz mogą zobaczyć tatę w akcji.

Na balu patriotycznym i charytatywnym Noc Wolności młodych Polaków było jeszcze więcej. W tym gronie byli między innymi Maks i Antoś Gnyszkowie, a nawet ich siostra Marysia (to niesamowite, jak długo miała w sobie energię, by „hasać”:).

Maciej Gnyszka napisał kiedyś świetny tekst, zatytułowany prowokacyjnie „Dlaczego nie warto zakładać rodziny?”. Cytuję kluczowy fragment:

Dlaczego warto założyć ród?
W tym kontekście widok paru młodych ojców, dyskutujących o dzieciach i blogowaniu może budzić nadzieję, ale w trakcie tego panelu zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo miałcy jesteśmy w porównaniu z naszymi prapra- i pradziadkami. Czujemy się odpowiedzialni myśląc o dzieciach, ale bycie prawdziwym kozakiem to nie ambicja przeżycia na jako takim poziomie z 2 dzieci. Bycie prawdziwym kozakiem, to założenie rodu. Właśnie RODU, a nie RODZINY.

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Spróbujmy poskładać wszystkie puzzle w spójną całość (nie twierdzę, że mi się uda^^), ale najpierw parę słów o systemie, bo to właśnie jego elementy chcemy poskładać, dostrzegając jednocześnie relacje między nimi (a żaden system bez relacji łączących elementy nie istnieje).


Systemowe spojrzenie, czyli szeroka perspektywa

Słowa Ignacego Domeyki przytoczone na samym początku mówią o nauczaniu, które pozwoli Polsce przetrwać trudny okres, a w końcu się odrodzić. Ale nie bez znaczenia jest geografia, o której wspomina.

Młodzieńcza fascynacja tym przedmiotem powodowana była chęcią, żeby wiedzieć — co, gdzie, jak wysoko, jak głęboko etc. Dopiero na studiach poznałem teorię systemów (co ciekawe, powstała właśnie na gruncie nauk przyrodniczych). I „odkryłem” to, co oczywiste — że świat stanowi skomplikowaną całość, w której wszystko jest ze wszystkim powiązane i wszystko wpływa na wszystko.

Geografia jest cudowna właśnie dlatego, że jest multidyscyplinarna — łączy różne dziedziny, korzysta z wielu narzędzi (fizyka czy chemia też nimi są — np. w geologii; podobnie matematyka — w geografii społeczno-ekonomicznej sięgającej po modele statystyczne). A nade wszystko pozwala spojrzeć na sprawy z szerokiej perspektywy.

Uważam, że nowy człowiek naszych czasów — homo smartphons (jak żartobliwie go nazywam^^) — powinien choć od czasu do czasu, dla higieny umysłu, spojrzeć na starą dobrą mapę, nawet jeśli na co dzień przegrywa ona z nawigacją na smartfonie. Dlaczego? Ponieważ chociaż mapa sama w sobie nie zaprowadzi do celu, to pomaga „ogarnąć całość” — pozwala spojrzeć na świat z szerokiej perspektywy. To tak jak ze spoglądaniem na fabułę powieści oczyma jej bohaterów oraz z perspektywy narratora. Cała sztuka polega na tym, żeby posiadać wiedzę i bohaterów, i narratora.

Pewne wydarzenia nabierają sensu dopiero z szerokiej perspektywy właśnie. I mam tu na myśli na przykład aktualne (lub do niedawna aktualne) światowe konflikty. O ileż łatwiej zrozumieć jest wydarzenia na Ukrainie czy w Syrii, gdy człowiek spogląda na mapę. Zresztą, my — Polacy — powinniśmy to doskonale rozumieć, bo — jak ujął to podczas Kongresu Patriotyzmu Ekonomicznego Nikodem Multan (parafrazuję) — nasze położenie geopolityczne to wielka szansa, ale i wielkie zagrożenie.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wg teorii systemów każdy system ma podsystemy, czyli systemy niższych rzędów. A systemy tego samego rzędu rywalizują, jak zespoły na piłkarskim boisku. Przykładem takich rywalizujących systemów są np. państwa (wg koncepcji prof. Chojnickiego — terytorialne systemy społeczne). Ziemia ma ograniczone (czyli skończone!) zasoby. Są rozmieszczone nierównomiernie. Nie każdemu „trafił się los na loterii”. I czy nam się to podoba, czy nie, jeśli pragnie się zbudować silne państwo, trzeba uzyskać jak najlepszy dostęp do zasobów.

Bo to, że zasoby w końcu trafią w czyjeś ręce, możemy przyjąć za pewnik (jako miłośnik Suwalskiego Parku Krajobrazowego obawiam się, co się stanie, jeśli ktoś kiedyś sięgnie po zalegające w otulanie Parku, głęboko pod powierzchnią, polimetaliczne złoża, w skład których wchodzą rzadkie i cenne pierwiastki — tytan i wanad).


Po co nam ten cały patriotyzm?

Zacznijmy od tego, że słowo „patriotyzm” zawiera w sobie „patria”, czyli „ojczyzna”. Nie istnieje patriotyzm bez ojczyzny! Dlatego posługiwanie się słowem „patriotyzm” przez ludzi, którzy głoszą zmierzch państwa narodowych, to — delikatnie mówiąc — nadużycie.

Ojczyzna — czyli co? Osobiście lubię myśleć o Polsce jako domu. Dlaczego? Ponieważ krótka refleksja nad znaczeniem słowa „dom” uświadamia, że dom to dużo więcej niż budynek. Nawet wielki, trwały, bogato wyposażony budynek jest na nic, jeśli nie ma nim domowników. To ludzie tworzą miejsca — nadają miejscu charakter, tworzą atmosferę miejsca, która sprawia, że jest ono wyjątkowe (nie ma dwóch takich samych domów, nawet jeśli budynki są takie same).

Oczywiście miejsce samo w sobie jest ważne. Co było celem Greków wracających spod Kunaksy? Dom oczywiście. Choć „w drodze” stanowili polis, jak ujął to prof. Mrozewicz, to droga do domu nie była celem samym w sobie. Trapezunt nad Morzem Czarnym też nim nie był. Bliscy czekali na nich w ojczyźnie, prawda?

Michał Osiej, Dyrektor Działu Networkingu w Towarzystwach Biznesowych, powiedział (rozmowa zeszła na temat autora „7 nawyków skutecznego działania”, Stephena Coveya):

Członkowie Towarzystw Biznesowych wcale nie ustępują Coveyowi. Są najlepszym dowodem na to, że można pięknie zarządzać i firmą, i domem. Wielu ludzi uważa, że nie da się mieć wielu dzieci, bo zabraknie czasu czy pieniędzy. Członkowie Towarzystw obalają ten mit — i całe szczęście! Bo jeśli ktoś jest wartościowym człowiekiem, to dobrze, żeby miał dużo dzieci, bo te dzieci też zostaną wartościowymi ludźmi.

Podpisuję się pod powyższym obiema rękami. I dodałbym do słów Michała coś bardzo ważnego — że dzieci przedsiębiorców prawdopodobnie wyrosną na przedsiębiorczych ludzi (nawet jeśli nie zostaną przedsiębiorcami w rozumieniu osób prowadzących swoje firmy). Właśnie dlatego bardzo mnie ciszy obecność na Kongresie i Nocy wolności młodych Polaków. Wierzę, że czym skorupka za młodu… 🙂

Spotkałem się kiedyś z opinią, że przemysłu można nauczyć się tylko w jeden sposób — przez uczestnictwo w wykonawstwie. Bo przemysł to praktyka, tak w przypadku rzemieślnika posiadającego rzadkie kompetencje (np. podwodny spawacz), jak i w przypadku pracownika na linii produkcyjnej powtarzającego jedną czynność. Trudno nauczyć się operowania narzędziem z podręczników^^

Przy czym narzędziem jest nie tylko narzędzie w potocznym rozumieniu — dla przedsiębiorcy jest nim firma. Wydaje mi się, że sytuacja jest tu podobna, co w przypadku przemysłu — operowania tym narzędziem można nauczyć się tylko w praktyce (oczywiście warto i trzeba korzystać z wiedzy i doświadczeń innych praktyków).

I jeśli jest tak, jak mi się wydaje, to… no, stoimy przed wielkim wyzwaniem. Dopiero w tym kontekście widać, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia, jeśli chodzi o przekucie idei patriotyzmu w rzeczywistość. Ów projekt, o którym mówił Jan Staniłko, uzależniony jest nie tylko od tego, jaką Polskę (z)buduje nasze pokolenie, ale przede wszystkim tego, jak wychowamy kolejne pokolenie i jakie narzędzia oraz warunki mu zapewnimy.

Niestety, te warunki nie muszą być tak niesprzyjające, jak w przypadku Dybowskiego (zesłanie na Sybir) czy Ignacego Domeyki oraz fikcyjnych bohaterów książek Szklarskiego, żeby Polacy opuścili Polskę. Ludzi z aspiracjami i talentami, szczególnie ludzi młodych, do emigracji może „zmusić” brak możliwości rozwoju i działania tutaj, w Polsce. Jeśli ktoś chce rozwijać nowe technologie czy prowadzić badania naukowe, to prawdopodobnie łatwiej będzie mu o warunki i środki w USA, Szwajcarii czy Japonii.

Oczywiście nie jest tak, że wyjazdy same w sobie są złe. Po Kongresie rozmawiałem chwilę z Michałem Osiejem. Michał wspomniał o dokonaniach Polski w okresie międzywojnia. A dysponuje dużą wiedzą na ten temat, bo nie tylko słuchał opowieści Jana Ludwika Banaszaka, syna jednego z budowniczych COP, na spotkaniach Towarzystw Biznesowych, ale też rozmawiał z Panem Banaszakiem podczas podróży autem na te spotkania.

Sam słuchałem Pana Banaszaka tylko podczas zeszłorocznego Kongresu Patriotyzmu Ekonomicznego, ale i tak byłem pod ogromnym wrażeniem polskiej myśli technologicznej i dokonań naszego przemysłu w czasie międzywojnia. To niesamowite, że dokonaliśmy tak wiele w tak krótkim czasie pod tak długim okresie nieistnienia polskiego państwa.

Michał podkreślił, że to wszystko było możliwe dlatego, że po odzyskaniu niepodległości do Polski zjechało się wielu wybitnych specjalistów z całego świata — Polaków, którzy chcieli, aby ich wiedza, doświadczenia i kompetencje służyły odrodzonej Ojczyźnie.

Jeden z Prelegentów na tegorocznym Kongresie wspomniał, że — parafrazuję — nie ma nic złego w tym, że Polacy pracują dla zagranicznych koncernów. Piotr Witek — pomyślałem, będąc na świeżo po obejrzeniu wywiadu, podczas którego opowiada o pracy we francuskim światowym gigancie — koncernie Total (link do wywiadu). Podczas rozmowy z Maciejem Gnyszką wspomina, że praca w takim koncernie daje dostęp do takich osób i takich sytuacji, z którymi styczności nigdzie indziej nie ma.

Piotr Witek jest świetnym przykładem Polaka, który zdobył wiedzę i doświadczenie, które teraz służą polskiej firmie (REWIT to 100% polskiego kapitału). A że aspiracji nie brakuje, to REWIT rośnie w siłę. I oby tak dalej.

Podobnie widzę przypadek Łukasza Mrowińskiego, jednego z Założycieli i CEO Etno Café (to również firma z polskim kapitałem). Pracował m.in. w KPMG. Dziś bogata wiedza i doświadczenie, a także relacje z tamtego okresu służą budowaniu największej polskiej sieci kawiarni oraz pozyskiwaniu kolejnych miłośników polskiej kawy (Etno Café zaczynało zresztą od palenia kawy, kawiarnie przyszły dużo później) i „kawowych małpek”, czyli Cold Brew Coffee.

Sęk w tym, żeby tacy ludzie mieli — że tak powiem — do czego wracać. Bo jeśli warunki dla polskich przedsiębiorców do prowadzenia biznesu w Polsce się pogorszą, to… no, właśnie, co wtedy?

I co w sytuacji, gdy młodzi Polacy otrzymają wspaniałe wychowanie — i mam na myśli paideię, a więc to, że zostaną wychowani na dobrych w sensie moralnym ludzi, na patriotów, a także na ludzi przedsiębiorczych — ale wkraczając w dorosłość, zderzą się „ze szklanym sufitem” w postaci braku możliwości wzrastania i rozwoju na miarę ich aspiracji, możliwości, talentów? No, właśnie — co wtedy?

Czy przypadkiem nie będzie tak, że poszukają lepszych warunków gdzie indziej? Piłka nożna to nie najlepszy może przykład, ale czyż nie jest tak, że jeśli polska liga nie daje możliwości rozwoju na miarę możliwości, aspiracji i talentu, to polscy gracze wyjeżdżają za granicę? Żeby zostać topowym piłkarzem, trzeba grać z topowymi piłkarzami w topowym klubie — i przeciwko topowym piłkarzom z topowych klubów. Robert Lewandowski nie rozwinąłby się tak bardzo jako piłkarz, gdyby nie wyjechał do Niemiec.

Wróćmy do naszego domu — Polski. Warto sobie postawić pytanie o kondycję tego projektu. Jaka przyszłość czeka ten dom? Jak atmosfera panuje w środku? Czy w środku mieszka rodzina? W duchu jakich wartości rodzice wychowują dzieci? Czy młody człowiek pójdzie w dorosły świat „uzbrojony po zęby” w narzędzia i kompetencje, które pomogą mu ten świat zawojować? Czy rodzice myślą o tym, by pójść o krok dalej — założyć ród?

Bo jeśli nie zamierzamy budować państwa tak, żeby Polska-Dom stanowiła coraz lepsze warunki do wzrastania i rozwoju właśnie dla kolejnych pokoleń, to być może w ogóle powinniśmy darować sobie „zabawę” w patriotyzm i to całe państwo. Bo jaki jest sens wydawać grom owoców pracy na budowanie „domu”, który „wkrótce po nas” opustoszeje?


Andrzej Lauryn

Copywriter Towarzystw Biznesowych


Partnerzy