Stosunek Biblii do bogactwa i samych bogaczy jest „dwuznaczny”. Stary Testament przedstawia nam wielu bogaczy, którzy w oczach Boga uchodzili za ludzi godnych naśladowania. O Hiobie powiedziano, że był „mężem sprawiedliwym, prawym i bogatym, bogobojnym i unikającym zła” (por. Hi 1, 1). W istocie Hiob był „mężem najwybitniejszym ze wszystkich mieszkańców Wschodu” (por. Hi 1, 3). Bogaty był również Abraham, człowiek przecież bogobojny. Trzeba też pamiętać, że bogaci — bardzo bogaci! — byli królowie Izraela: Dawid i Salomon. Pismo Święte odnosi się także do stanu posiadania przedstawicieli klasy średniej. „Nie wstydź się […] dokładności wagi i ciężarków i zarobku wielkiego lub małego, korzyści kupców ze sprzedaży” — powiada mędrzec Syrach (Syr 42, 1.4). Osobiste bogactwo i prawość nie muszą się nawzajem wykluczać. Przecież Pan Jezus również używał bogactw, które w darze przynieśli Mu bogaci Mędrcy ze Wschodu. Jezus — już dorosły —korzystał też z pieniędzy, a jeden z Jego apostołów był skarbnikiem i nosił przy sobie trzos. Gromadzone fundusze służyły zaspakajaniu potrzeb apostołów oraz ich Nauczyciela.

Jednocześnie jednak na kartach Pisma Świętego znajdujemy teksty, w których ludzie bogaci są poddawani ostrej krytyce. „Kto kocha się w pieniądzach, pieniądzem się nie nasyci; a kto się kocha w zasobach, ten nie ma z nich pożytku. To również jest marność” — przestrzega inny mędrzec, Kohelet (Koh 5, 9). Natomiast prorok Amos, opisując bogaczy, wyraźnie potępia ich oraz ich bogactwa: „Leżą na łożach z kości słoniowej i wylegują się na dywanach, piją czaszami wino i najlepszym olejkiem się namaszczają. Dlatego teraz ich poprowadzę na czele wygnańców, i zniknie krzykliwe grono hulaków” (Am 6, 5–7). Bezlitosny w swoich osądach względem bogaczy jest także bogaty przecież król Dawid, który powiada: „Człowiek, który żyje bezmyślnie w dostatku, podobny jest do bydląt, które giną” (Ps 49).

Ludzie bogaci byli też obiektem krytyki Jezusa. Bogaty młodzieniec, wszak człowiek bogobojny, który przestrzegał wszystkich przykazań bożych od swej młodości, odchodzi od Jezusa z kwitkiem, niepocieszony, „miał bowiem wiele posiadłości” (Mk 10, 22), których nie był w stanie wyrzec się z dnia na dzień dla Królestwa Niebieskiego. „Jak trudno jest bogatym wejść do Królestwa Bożego” — skwitował zajście Jezus (Mk 10, 23). Innym razem, w przypowieści, krytycznie odniósł się do bogacza, który w związku z „klęską urodzaju” postanowił wyburzyć stare, zbyt małe spichlerze i pobudować nowe, większe — dla pomieszczenia spodziewanych zbiorów. Jezus nazwał go głupcem (Łk 12, 15–21). Kiedy indziej zaś dodał, że łatwiej jest przejść wielbłądowi przez wąską bramę, zwaną „Uchem Igielnym”, niż bogatemu wejść do Nieba (por. Mt 19, 24).

Dawcą wszelkich dóbr — duchowych i materialnych — jest Bóg. Wspominany już Hiob wyrzekł przed wiekami „Dał Jahwe i zabrał Jahwe. Niech będzie imię Jahwe błogosławione” (Hi 1, 21). Rzeczy materialne są dobrem. I jak każde dobro można je pomnażać. Pomnażanie winno mieć jednak zawsze wymiar społeczny, nie egoistyczny. Znane powiedzenie przekonuje: „Kto raz daje, dwa razy dostaje”. Dobra mnożą się przez podział. Ewangeliczny biznesmen nie musiał budować nowych spichlerzy, przecież stare mieściły na tyle dużo zbiorów, że pozwalały mu żyć w dostatku. Niespodziewaną nadwyżkę plonów mógł po prostu rozdać potrzebującym. Stać go było przecież na „rozrzutność”.

Jezus pochwalał tego rodzaju „marnotrawstwo”. Gdy w Betanii do domu Szymona Trędowatego, bogatego faryzeusza goszczącego Jezusa, przyszła kobieta z alabastrowym flakonikiem drogocennego olejku nardowego i potłukłszy naczynie, wylała na głowę Jezusa całą jego zawartość, niektórzy goście oburzyli się na takie szastanie drogim specyfikiem! Ileż można byłoby zarobić na sprzedaży owego olejku, iluż nakarmić ludzi albo choćby dać im zapomogi. Reakcja Jezusa była zgoła odmienna — pochwalił kobietę.

Do bogactw tego świata odnosił się również święty Maksymilian. Jego wydawnictwo w okresie międzywojennym było postrzegane jako koncern prasowy. I rzeczywiście nim było. Nakłady rzędu 600–800 tysięcy egzemplarzy miesięcznika „Rycerz Niepokalanej” robiły wrażenie. Budowa klasztoru-miasta (Niepokalanowa) pochłonęła nie tylko wiele energii i zapału braci zakonnej, lecz miała też swój wymiar finansowy. Wyprawa misyjna do Japonii i wydanie japońskiej wersji „Rycerza” w miesiąc po przyjeździe świadczyły nie tylko o zmyśle menadżerskim o. Kolbego, ale i o konkretnych kosztach, które musiał ponieść, choćby na zakup papieru i druk czasopisma.

Co zatem ma do powiedzenia nam, współczesnym biznesmenom?

Ojciec Kolbe rozumie biznes w kontekście biblijnym. Rozwój firmy, zdobywanie określonych dóbr i dzielenie się owocami swojej pracy — tak; zachłanność i egoizm — nie.

Święty pokładał nadzieję nie w bankach czy koneksjach z ludźmi wpływowymi — ufał jedynie Bogu. Na rok przed wojną wydawnictwo niepokalanowskie było u szczytu rozwoju i „Rycerz Niepokalanej” bił kolejne rekordy nakładu — milion egzemplarzy! Dyrektor Rycerstwa Niepokalanej przyznawał wówczas, że od samego początku nigdy nie liczył na zysk, ale polegał wyłącznie na Opatrzności Bożej.

Ojciec Maksymilian był zakonnikiem, franciszkaninem. Pierwszym charyzmatem zakonu, pierwszą jego „Damą”, była Pani Bieda. Dlatego też pragnął jak najlepiej i jak najszybciej rozwinąć narzędzie pracy misyjnej, czyli wydawnictwo, by przez nie zdobyć cały świat dla Niepokalanej. W swej działalności nie liczył na zysk materialny, choć przecież dbał i o tę stronę swego „biznesu”.

Zdobywał środki nie dla siebie, nie na własne wygody, lecz na rozwój dzieła Niepokalanej — Niepokalanowa. To nie tylko wydawnictwo, „Rycerz Niepokalanej” czy „Mały Dziennik”, lecz również uruchomiona w 1938 roku radiostacja; poza tym budowa lotniska (dwóch braci zakonnych zdobyło patent pilota), próby uruchomienia stacji telewizyjnej oraz fantastyczne wręcz plany utworzenia floty morskiej (sic!). Do tego należy dodać wyjazd do Japonii, zbudowanie klasztoru, stworzenie wydawnictwa japońskiego… Wszystko dla Niepokalanej, w interesie Niepokalanej, w służbie Bożej.

To wszystko — założenie Niepokalanowa, działalność wydawnictwa, radiostacji, szkolenia radiowców i pilotów, podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni, „biznesowe” inwestycje na ziemi japońskiej — musiało kosztować. I kosztowało. Musiało też mieć sprawnego menedżera. Był nim bez wątpienia sam o. Kolbe.

Jego strategia godna była franciszkańskiego charyzmatu. Z jednej strony „wszelkie środki, wszelkie najnowsze wynalazki w maszynach czy systemach pracy”; z drugiej zaś — daleko idące ograniczenia potrzeb prywatnych, prowadzenie życia jak najuboższego.

Ojciec Maksymilian rezygnował nawet z rzeczy koniecznych. Dla dobra ludzi (zbawienia dusz) gotów był chodzić w „połatanym habicie” i w „połatanych butach”, ale za to w „samolocie najnowszego typu, jeżeli to będzie potrzebne”… Nie przeszkadzało mu to jednak w wyjątkowo aktywnej ekspansji na polu misyjnym — budowaniu Królestwa Bożego na ziemi.

Czy wobec tego o. Kolbe rezygnował z wszelkiego zysku? Czy absolutnie wszystko oddawał bliźnim?

Jego zyskiem było Niebo, i choć całe oddawał wszystkim ludziom na świecie, to przecież wystarczało i dla niego. Dobro mnoży się przez podział… Na ziemi, jak pisał w 1938 roku do Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie, „kapitału żadnego nie posiadamy”, choć jego drukarnia należała do najnowocześniejszych, jeśli nie na świecie, to na pewno w Europie. W tamtym czasie Niepokalanów był w istocie liczącym się wielkonakładowym wydawnictwem.

Jego pogląd dotyczący dóbr materialny był całkowicie biblijny. Z jednej strony dbał o rozwój „firmy”, z drugiej — był skromnym człowiekiem, poprzestającym na małym; dzielącym się swoimi dobrami z innymi. Był przeciwnikiem przeciętności, utrzymywania status quo czy odcinania kuponów od zdobytego kapitału. W liście do swojego brata w 1926 roku pisał, że celem wydawnictwa jest „staranie, aby zdobyć dla Niej [Niepokalanej] cały świat i każdą duszę z osobna, a nigdy ten »przeklęty« dochód; jak Ci opowiadałem, że jeden z naszych ojców sobie przedstawiał: »już się dalej nie rozwijać, maszyn już dosyć; teraz będziemy mieli sobie dochód«. Ot tak, środek wziąć za cel, a cel za środek… ot folwareczek, tylko w innej formie”.

To ważne stwierdzenie. Jakże wiele biznesplanów opiera się bowiem na idei owego „folwareczku”, czasami pokaźnych wymiarów, ale wyłącznie dla siebie. Jeśli już inwestować, to tylko w ramach partykularnych interesów, choć często ze środków publicznych. Powstają więc nowe „spichlerze” — nowe fabryki, koncerny, konsorcja. Powstają, owszem, nowe miejsca pracy. Ale czy zatrudnieni pracownicy są usatysfakcjonowani wypłacanym im wynagrodzeniem? „Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów” — z wyrzutem strofuje święty Jakub nie tylko starożytnych „biznesmenów”, lecz także współczesnych pracodawców.

Święty Maksymilian uczula przedsiębiorców, osoby aktywnie działające na rynku szeroko pojętej pracy, aby nie zadowalali się wygodnictwem przeciętności ani też nie poddawali się egoistycznej pazerności. Bogactwo nie jest złem, jest dobrem. Jest Bożym Błogosławieństwem. Każde dobro materialne i duchowe ma wymiar społeczny. Społeczny wymiar błogosławieństwa dobitnie przedstawia Jezus Chrystus w Kazaniu na Górze. Już w pierwszym zdaniu, gdy zwraca się do tłumów, mówi: „Błogosławieni ubodzy w duchu” (Mt 5, 3). Wielu uważa, że słowa te kierowane są do biedaków. Otóż, nie. Słowa te Jezus kieruje do ludzi różnego stanu i statusu społecznego, także do „bogaczy”.

Ubodzy w duchu to ludzie wolni, niezniewoleni swoim kontem i kontaktami, wpływami; niezniewoleni również swoją biedą, nieprzywiązani do niej! Jakże wielu bezdomnych nie pozwala sobie pomóc i umiera w ogródkach działkowych… Ubodzy w duchu zdolni są porzucić zarówno swoją biedę, jak i swoje bogactwo. To ludzie, którzy nie mylą celu ze środkiem.

Pieniądze nie mogą być celem ludzkiego życia. Są środkiem do życia. To tak jak z jedzeniem. Nie żyjemy, żeby jeść — jemy, żeby żyć. Niestety, obydwie „maksymy” są dzisiaj często nadwyrężane. Istnieje kult pieniądza, istnieje kult podniebienia. Pomylono smaki i radości. Radość płynąca z posiadania pieniędzy czy radość jedzenia to fałszywe wartości. Prawdziwą wartością jest radość życia, jaką możemy się cieszyć, dzieląc się naszym portfelem i talerzem. Biznesmen wcale nie musi ubierać się u Armaniego ani jadać w Ritzu. Po co? Żeby się dowartościować? Żaden z niego biznesmen, jeśli chce dowieść swojej pozycji ceną noszonego obuwia czy dania w restauracji.

Święty Maksymilian nie ubierał się wytwornie ani nie jadał wykwintnie, a przecież jego pozycji nie sposób podważyć… Parafrazując jedno zdanie z artykułu poświęconego śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego, można wywieść z niego radę dla współczesnego biznesmena: „W stosunku do ludzi i do Boga niczego nie czyń na pokaz”. Pozostań człowiekiem — na podobieństwo Boże, na obraz Boga.

Tak, biznesmen to też człowiek, istota Boża.

Wystarczy być człowiekiem, Bożym menedżerem dbającym — z ustanowienia Bożego — o cały świat, całą faunę i florę — „ryby morskie, ptaki powietrzne, wszelkie zwierzątka naziemne”… I o swoich braci, bliźnich — dzieci Boże.

o. dr hab. Ignacy Kosmana OFMConv

Artykuł pierwotnie ukazał się w „Merkuryuszu Towarzystw Biznesowych” (nr 15).

Partnerzy